Genialne uzbrojenie polskiej produkcji z czasów II wojny światowej

Do tej pory nie raz można usłyszeć kąśliwe uwagi na temat wyposażenia polskiej armii z kampanii wrześniowej 1939 roku. Symbolem tego jest często powtarzany mit, jakoby polscy ułani atakowali niemieckie czołgi używając do tego celu szabel. Tymczasem genialnego uzbrojenia polskiej konstrukcji z czasów II wojny światowej było całkiem sporo. Sęk w tym, że zostało ono wyprodukowane w zbyt małych ilościach, a niektóre sektory zostały zaniedbane, jak np. produkcja nowoczesnych myśliwców.

 

Prawda jest taka, że Polska nie mogła wygrać sama kampanii z 1939 roku, chociażby z tego względu, że została zaatakowana przez dwie ówczesne potęgi z dwóch stron. W tej sytuacji nie obroniłoby się na miejscu Polski żadne państwo z tamtych czasów. Gdyby jednak hipotetycznie Polska musiała mierzyć się z samymi Niemcami, a zaprezentowanego w tym artykule polskiego uzbrojenia było znacznie więcej, to na pewno konfrontacja trwałaby znacznie dłużej, a to mogłoby wpłynąć na losy całej wojny. Szczególnie znając bitność polskich żołnierzy z kampanii wrześniowej, zaprezentowaną przykładowo podczas sławnej bitwy pod Wizną.

A oto polskie uzbrojenie z czasów II wojny światowej, którego na pewno nie musimy się wstydzić:

1. Karabin przeciwpancerny wz. 35 (Ur)

Do połowy lat 30-tych Polacy faktycznie nie posiadali wyspecjalizowanej broni przeciwpancernej. Jednak nasze służby wywiadowcze nie były ślepe i dostrzegły zbrojenia zarówno Niemiec, jak i ZSRR w broń pancerną. W tej sytuacji postanowiono stworzyć rodzimy karabin przeciwpancerny, inspirowany dokonaniami niemieckiego inżyniera Hermanna Gerlicha. Pracował nad nim cały zespół ekspertów z różnych dziedzin m.in. batalistyki, aerodynamiki. W efekcie tych działań, w listopadzie 1935 przedstawiono model karabinu wz. 35.  Czasami nazywa się ten karabin Ur lub Urugwaj - posiadanie tej broni przez Wojsko Polskie było owiane tajemnicą, a oficjalnie produkcja elementów karabinu była związana z eksportem karabinów do Urugwaju. 

Pracował nad nim cały zespół ekspertów z różnych dziedzin m.in. balistyki, aerodynamiki. W efekcie tych działań, w listopadzie 1935 przedstawiono model karabinu wz. 35.  Czasami nazywa się ten karabin Ur lub Urugwaj - posiadanie tej broni przez Wojsko Polskie było owiane tajemnicą, a oficjalnie produkcja elementów karabinu była związana z eksportem karabinów do Urugwaju.

Jak broń ta działała? Karabin posiadał długą lufę 1200 mm, dla tej broni stworzono także specjalny rodzaj naboi 7,9 mm. Prędkość wystrzelanego pocisku wynosiła około 1300 m/s i z odległości 300 metrów przebijał on pancerz grubości 15 mm, a z odległości 150 metrów nawet 33 mm. Ideą tej broni było zatem przebicie przez pocisk pancerza czołgu i rażenie odłamkami jego załogi.

W sierpniu 1939 w rękach Wojska Polskiego było około 3500 sztuk karabinów wz. 35. Nie ma zbyt wielu relacji na temat tego, jak karabin sprawdzał się w 1939 roku, jednak na podstawie nielicznych istniejących można ocenić, że była to naprawdę bardzo skuteczna broń. Oto relacja rotmistrza  Zbigniew Szacherskiego z 7. pułku strzelców konnych wielkopolskich:

„Tymczasem również na odcinku 3. i 4. szwadronu pojawiły się czołgi. Przy szwadronach nie było działek przeciwpancernych, a możliwości otwartej walki przeciwko czołgom, przy pomocy karabinów maszynowych i rusznic, było problematyczne. Toteż por. Groniowski, po pierwszych bezskutecznych strzałach, wydał 4. szwadronowi rozkaz krycie się wśród rozwalonych chałup. Sam wyrwał strzelcowi rusznicę przeciwpancerną (karabin ppanc. wz. 35 Ur) i otworzył ogień na pobliskie czołgi. Po chwili udało mu się unieruchomić, a wreszcie zmusić do milczenia jeden z nich. Jak stwierdziliśmy po walce, w samotnym pojedynku człowieka z czołgiem zwyciężył por. Groniowski, gdyż od strzałów z rusznicy, które wielokrotnie przebiły pancerz, legła cała załoga”.

2. Czołg 7TP

Polska we wrześniu 1939 rzeczywiście miała niewiele czołgów w porównaniu do Niemiec – 343 sztuk do 3346, a zatem można powiedzieć, że niemal 10-krotnie mniej. Spośród tych nielicznych czołgów większość stanowiły francuskie Renault, w tym 120 maszyn jeszcze z czasów I wojny światowej. Faktem jednak jest, że Polska miała swojego znakomitego asa w rękawie, rodzimą konstrukcję - czołg lekki 7TP.

Seryjna produkcja czołgu 7TP ruszyła w 1935 roku. Posiadał on armatę Bofors kal. 37 mm oraz karabin maszynowy Browling. Zdecydowaną większość niemieckich czołgów podczas kampanii wrześniowej stanowiły Panzer I i Panzer II – z  czego pierwszy jako uzbrojenie posiadał jedynie dwa karabiny maszynowe MG-34, a drugi armatę kalibru 20 mm, a zatem polski czołg był lepszy pod względem uzbrojenia, miał także grubszy pancerz od Panzer I i niektórych wersji Panzer II. Warto podkreślić, że w fazie przygotowania były także czołgi 10TP i 14TP o jeszcze lepszych konfiguracjach od 7TP.

Jak w praktyce radził sobie 7TP? Oto fragment relacji dowódcy 2 kompanii czołgów kpt. Konstantego Hajdenki z dnia 6 września 1939:

„Otrzymuję bardzo silny ogień działkowy z lasu Wygoda i ogień artylerii z południowego brzegu rzeczki. Ukazują się czołgi po szosie z leśniczówki Wygoda (około 6). Pojedynek ogniowy z odległości 400−500 metrów, moje czołgi skupiają się około mojego czołgu − prowadzimy ogień z miejsca, nasze działka bardzo celne, niemieckie czołgi palą się i zaprzestając ognia chowają się do lasu”.

Niestety, w dużej mierze ze względów finansowych, wyprodukowano tylko 132 czołgi 7TP. Zbyt mało, aby ich wykorzystanie mogło wpłynąć znacząco na przebieg wojny. Polacy posiadali także około 600 tankietek rodzimej produkcji - TK-3 i TKS, ale sprawdzały się one głównie jako pojazd rozpoznawczy, a także umiarkowanie przeciwko piechocie – miały słaby pancerz, zatem łatwo było je zniszczyć przy pomocy broni przeciwpancernej.

3. PZL-37 „Łoś”

Jeśli chodzi o myśliwce, Wojsko Polskie faktycznie znacznie ustępowało pola Niemcom –Meserschmitty Me 109 i Me 110 były znacznie lepszymi maszynami od polskich  PZL P.7 i PZL P.11. Trzeba jednak pamiętać, że polscy konstruktorzy pracowali już nad nowymi maszynami i istniało kilka prototypów, jak PZL-50 „Jastrząb”, nie weszły one jednak do produkcji seryjnej, zatem ciężko ocenić wartość bojową tych konstrukcji. Jednak jeśli chodzi o bombowce, to ukończony w 1936 roku bombowiec PZL-37 „Łoś”, nie ustępował jakością głównemu niemieckiemu bombowcowi z września 39, Heinkel He-111, a niektórymi istotnymi parametrami nawet go przebijał – „Łoś” mógł udźwignąć 2500 kg bomb, podczas gdy niemiecka maszyna tylko 2000 kg. O jakości tej maszyny świadczy też duże zainteresowanie nią innych państw. Maszyny PZL-37 „Łoś” kupić chcieli m.in. Grecy, Bułgarzy, Turcy, Rumuni, zakupić licencję na produkcję „Łosia” chciała także belgijska fabryka Renard. Do 1 sierpnia 1939 roku zebrano 55 zamówień na PZL-37, ale nie zrealizowano ich przez wybuch wojny.

Mimo wyprodukowania niemal 100 „Łosi”, w walkach we wrześniu 1939 wzięło udział tylko 36 maszyn (reszta nie była gotowa do akcji bojowej).  Najwięcej wiadomo o ich efektach działań z 4 i 5 września – wtedy to „Łosie” zaatakowały XVI Korpus Pancerny. Efektem ataku były starty XVI Korpusu na poziomie 30 proc. i 2 dni opóźnienia marszu. Polskie bombowce zestrzeliły wtedy też 2 myśliwce Messerschmitt Me-109. Straty własne wyniosły 9 maszyn i trzeba przyznać, że nie jest to zły rezultat biorąc pod uwagę fakt, że polskie bombowce latały bez obstawy myśliwców.

Podsumowując, mieliśmy w 1939 znakomite bombowce, ale po pierwsze było ich, jak wszelkiej nowoczesnej broni w Wojsku Polskim, zbyt mało, a po drugie nie posiadaliśmy odpowiednich myśliwców, które powinny chronić „Łosie” podczas akcji.

4. Armata przeciwlotnicza wz. 36/37 kal. 75 mm

Kolejny przykład na to, że Polacy wcale nie przeoczyli nowych trendów w światowej wojskowości i skierowania nacisku na rozwój lotnictwa oraz wojsk pancernych. W celu zwalczania samolotów wroga, polskie władze postanowiły zlecić opracowanie armaty przeciwlotniczej Starachowickim Zakładom Górniczym (przemianowanym po wojnie na słynną Fabrykę Samochodów Ciężarowych „Star”). W wyniku prac polskich inżynierów, ostateczna wersja działa kal. 75 mm została zatwierdzona w 1937 roku i wprowadzona do produkcji seryjnej. Działo produkowano w dwóch wersjach – wz. 36, które wyróżniało się posiadaniem własnej trakcji mechanicznej, a także wz. 37, które było odmianą półstałą, transportowaną za pomocą ciągników. Jeśli chodzi o najważniejsze dane techniczne armaty, to potrafiła ona zestrzelić samolot lecący na wysokości 9,5 km, prędkość pocisku wynosiła 800-950 m/s i można było z niej oddać 20-25 strzałów na minutę. Do wybuchu wojny niestety zdołano wyprodukować zaledwie 52 armaty tego typu.

O skuteczności tych dział mówią same za siebie wyniki 101 dywizjonu (3 baterie po 4 działa), który wedle monografii „Armata przeciwlotnicza 75mm wz. 36 wz.37”, strącił 16 samolotów nieprzyjaciela. Dywizjon ten stacjonował w Warszawie w pierwszym tygodniu września, a następnie przemieszczał się na południe aż do Węgier. Taka liczba zestrzeleń, biorąc pod uwagę długi czas poświęcony na przemieszczanie dział, wygląda bardzo przyzwoicie. A to nie jedyna formacja dysponująca tymi działami, która osiągnęła znakomite rezultaty - jeszcze okazalej wyglądają dokonania 9 samodzielnej baterii – jej 4 działa zniszczyły aż 11 samolotów wroga.

Powyższe liczby pokazują, że były to znakomite armaty i gdyby Wojsko Polskie w 1939 roku miało ich nie 52, a np. 520 sztuk, ich umiejętne wykorzystanie z pewnością mogłoby nawet całkowicie sparaliżować działania lotnictwa niemieckiego.

Polacy nie gęsi, iż swoją broń mają

Powyższe uzbrojenie pokazuje, że Polacy we wrześniu nie tylko wykazali się wielką odwagą w walce nierównej walce, ale posiadali także niewielkie ilości znakomitych rodzimych konstrukcji, których zdecydowanie większa liczba mogła wpłynąć na losy wojny. A warto zaznaczyć, że nie jest to całość skutecznego uzbrojenia stworzonego przez Polaków – warto pamiętać też chociażby o pistoletach 9mm wz. 35 „Vis”, które były tak dobre, że podczas wojny produkowali je także Niemcy, pod zmienioną nazwą „Pistole 35(p)". Polacy mieli pomysły na bardzo dobrej jakości broń przed wybuchem wojny, a część z nich zdążyli zrealizować. Głównym powodem faktu, że plan modernizacji wojsk nie udał się w całości, był krótki czas, jaki Polska miała na przygotowanie się do wojny – wejście do wojny nawet rok później już skutkowałoby posiadaniem przez Polskę znacznie lepszego uzbrojenia - oraz istotna przeszkoda, jaką były mocno ograniczone fundusze młodego państwa. Należy pamiętać, że wciąż pokutowały problemy wynikające z tego, że Polska po 1918 roku była państwem odrodzonym po 123 latach niebytu z trzech bardzo różnych zaborów. 

Autor: Adam Stankiewicz



Inne artykuły, które mogłyby Cię zainteresować:
Polska broń używana za granicą - o polskim uzbrojeniu, które jest hitem eksportowym.
Które banki wciąż możemy nazywać polskimi? - zdecydowana większość działających w Polsce banków jest w rękach kapitału zagranicznego. Na całe szczęście, nie wszystkie.
Użytkownik Poll 2016-09-28 00:42:02 IP: 185.24.196.*
Tekst powiela tylko całą gamę mitów i zwykłych bajek gdyby... tymczasem:
1. Mit pierwszy mało pieniędzy, a i owszem budżet II RP jaki był taki był, ale wydatki na obronność sięgały 1/3 wydatków państwa niestety nie na uzbrojenie i szkolenie szły, tylko na jedne z najwyższych apanaży kadry oficerskiej na świecie. Utrzymywano dużą armię jak na warunki pokoju 400 tys. dla przykładu kraje kolonialne i imperialne jak Francja, czy ZSRR odpowiednio milion i dwa miliony. Armia polska do 1938 roku siedziała głównie w koszarach i widać ją było na paradach, nawet granic pilnowały formacje policyjne. W czasie kryzysu w roku 1929 wyprzedano część nowoczesnego uzbrojenia zakupionego wcześniej m.in. w Anglii.
2. Po zamachu majowym powszechnym kryterium awansu była zasada bierny, mierny ale wierny. Im wyżej tym bardziej.
3. Wywalono gigantyczne pieniądze na prestiżowe i mocarstwowe pozy, przede wszystkim zakup 3 niszczycieli które kosztowały krocie, które przydały się jedynie Anglikom, bo na Bałtyku i tak panowali Niemcy na morzu i w powietrzu. Za te pieniądze można było sformować nie 1 a conajmniej 3 brygady pościgowe, nawet te złożone z PZL-11 były lepsze niż żadne.
4. Łoś był kiepską konstrukcją, nie tylko parametry bojowe powinno się liczyć, wojna to nie turniej rycerski, trzeba wyposażyć armię w sprzęt w odpowiedniej ilości. Łoś był po prostu diabelnie drogi, średnio też nadawał się do wojny obronnej, bardziej do dalekich wypraw bombowych na ... rosyjskie miasta. W 1939 lepiej sprawdził się tańszy Karaś.
5. Fatalne dowodzenie, przestarzała doktryna wojenna, olbrzymie straty wskutek brawury mylonej często z bohaterstwem. To były przyczyny klęski wrześniowej, a przede wszystkim tego, że Niemcy pokonali Polskę niewielkim wysiłkiem i minimalnymi stratami w ludziach.
Użytkownik Patton 2016-10-09 23:01:27 IP: 159.205.150.*
Dużo nieścisłości dotyczących czołgu 7TP
Nie była to rodzima konstrukcja,ale czołg produkowany na licencji
firmy Vickers, konkretnie model Vickers E.
Możliwości produkcyjne czołgów wynosiły 10 sztuk miesięcznie
przy pracy jednozmianowej. Od 1936 roku ,po oddaniu drugiej hali montażowej nie mniej jak 15 sztuk przy pracy jednozmianowej. Licząc od 1936 roku, powinno być 450 czołgów
7TP. Nie było z różnych powodów.
!938 roku niemal wstrzymano produkcję czołgu, ponieważ chciano zakupić francuski czołg Somua.
Po nieudanych rozmowach, pośpiesznie wznowiono produkcję
ale brakowało płyt pancernych. Prototypy czołgu 9TP, który w
rzeczywistości był taki sam jak 7 TP tylko z pogrubionym pancerzem, wykonano z płyt stalowych, nieutwardzanych.
Pieniądze raczej nie były problemem, problemem było ich wydawanie.W 1938 roku armia zapłaciła z góry PZL za bombowce Łoś, które miała odebrać do 1942 roku.
Nawet te czołgi które już były, nie wykorzystano właściwie.
Oba samodzielne bataliony nie trafiły do brygad zmotoryzowanych, a tam było ich właściwe miejsce.
Można by tak jeszcze pisać i pisać, ale niczego to nie zmieni.
Z pożyczek zagranicznych wykorzystano niespełna 25 %, bo nie było co kupić we Francji i W.Brytanii.
Nikt nie pomyślał o armatach 75mm, moździerzach 81mm i
innym sprzęcie.
Latami trwały próby czołgu 10 TP ponieważ uparto się na napęd kołowo gąsienicowy. Gdyby skupiono się na napędzie
gąsienicowym, czołg mógłby wejść do produkcji seryjnej w
1938 roku. Ale nie tylko to zaprzepaszczono. Lotnictwo, samochody, broń pancerna, broń strzelecka, w każdej dziedzinie błąd za błędem. A później katastrofa.
W 1938 roku wiedziano już że wojna jest nieuchronna.
Rezerwy budżetowe państwa wynosiły ponad 4 mld złotych
Nie zrobiono nic,a na dodatek centralizacja dowodzenia rozłożyła armię na łopatki.Połowa wojska tylko maszerowała,
bo rozkazy przychodziły spóźnione.

Pozdrawiam

Przepisz kod z obrazka

93ef48900d3363f1de9d4b98d87d535d